Postawa męczenników zawsze budziła wiele kontrowersji. Niełatwo było zrozumieć tych co z pełną świadomością, bez jakichkolwiek oznak szaleństwa, pokonując uzasadniony strach przez śmiercią, dawali świadectwo o innych wartościach niż tylko ziemskie.

Nie da się zrozumieć tej postawy, jeśli nie spojrzy się na nią w świetle wiary w Jezusa Chrystusa, który dla zbawienia człowieka dobrowolnie umarł na krzyżu i zmartwychwstał trzeciego dnia. Zaprzeczeniem męczeństwa w rozumieniu chrześcijańskim, jest postawa fanatyzmu religijnego. Nie pozwala ona bowiem trzeźwo oceniać sytuacji, odbiera wolność człowiekowi i rodzi się z niezbyt pogłębionego sposobu przeżywania własnej wiary. Męczeństwo nie jest także jakąś formą romantycznego bohaterstwa, ukazanego barwnie w dobrze znanych nam powieściach. Jednocześnie jest w tej postawie coś intrygującego, co ani oprawcom ani świadkom nie pozwala spokojnie zapomnieć o tych wydarzeniach. Prowokuje ich, nawet po wielu już latach, do opowiadania innym o tym co widzieli.

Właśnie kogoś takiego tutaj przywołujemy. Jest to ksiądz Martino Capelli, sercanin, który zginął z rąk hitlerowców 1 października 1944 roku. Zginął jak wielu innych w tym czasie, a jednak o nim pamiętano inaczej. Dlaczego? To jest właśnie tajemnica męczeństwa.

Był to Włoch, pochodzący z bardzo pobożnego regionu Bergamo, z którego pochodził także błogosławiony dzisiaj Ojciec Święty Jan XXIII. Gdy umierał przeszyty kulami miał zaledwie 32 lata. Nic nie zapowiadało, że tak właśnie skończy swoje życie. Marzył, jak wielu jego rówieśników w tym czasie, o misjach. Swoją bardzo rzetelną pobożność i wielki respekt wobec tego co Boże zawdzięczał przede wszystkim pobożnej rodzinie oraz środowisku w którym się wychowywał.

Zanim Martino wstąpił do Zgromadzenia Księży Sercanów i złożył pierwsze śluby zakonne nazywał się Nicola. Z Sercanami związał się wcześnie, bo u nich ukończył szkołę średnią i potem dalsze studia. Tam uczył się poznawać miłość Najświętszego Serca Jezusowego i godnie na nią odpowiadać. Od samego początku chciał być dobrym i ofiarnym księdzem. Robił wszystko, aby się do tego zadania jak najlepiej przygotować. Po ukończeniu Nowicjatu w Albisoli (prowincja Savona) i złożeniu pierwszych ślubów zakonnych przyjął imię Marcina od Matki Bożej Bolesnej. Wiedział, że Matka Najświętsza najlepiej odpowiedziała na miłość Boga do człowieka i dlatego postanowił iść przez życie przywiązany do Niej. Jej cierpienie było konsekwencją prawdziwej miłości i właśnie od Niej postanowił się uczyć. Chciał więc pojechać na tak trudne misje jak do Chin. Również dlatego, że dojrzewał nieustannie w swoim sposobie odpowiadania Panu Bogu, pojawił się na jego horyzoncie ideał męczennika. Z początku było to jednak coś bardzo niejasnego i mało sprecyzowanego. Z datą 27 marca 1931 roku, czyli jeszcze z okresu studiów seminaryjnych, znaleziono jego akt oddania się Matce Bożej Bolesnej. Polecał się Jej całkowicie i był gotowy przyjąć wszystko, nawet najgorszą formę śmierci. Ze wzruszeniem patrzy się dzisiaj na nakreślony wyraźnym pismem akt i potem podpis: Martino Capelli od Matki Bożej Bolesnej. Nie był to także jakiś jednorazowy romantyczny zryw, ale stał się odtąd ciągłym motywem jego życia. W jego zapiskach znaleziono potem jeszcze więcej podobnych aktów, powtarzanych przy różnych okazjach. W jednym z nich (z grudnia 1931 roku) prosi Matkę Najświętszą by pomogła mu być świętym kapłanem, świętym misjonarzem i męczennikiem Boskiego Serca.

Trzeba jednak przyznać, że chyba nie do końca zdawał sobie jeszcze sprawę ze wszystkich konsekwencji swego idealizmu. Męczeństwo było jednak jego ideałem, który zrodził się w jego duszy pod wpływem szczerej współpracy z łaską Bożą w okresie formacyjnym. I takie jest właściwie działanie łaski Bożej, która nigdy człowieka nie zniewala lecz powoduje nieustanny jego rozwój i dojrzewanie. Ksiądz Martino nie był wcale romantycznym bohaterem, który niczego się nie bał, przezwyciężał wszelkie trudności itd. Przeciwnie! Ideału misjonarza nie udało mu się zrealizować. Na przeszkodzie stanęła wojna, czyli raczej trudności obiektywne. W czasie wojny także starał się roztropnie zbytnio nie narażać. Wysłano go na studia biblijne do Rzymu. Ukończył je z bardzo dobrym wynikiem w lecie 1943 roku. W październiku rozpoczyna więc nauczanie w sercańskim seminarium, które w tym czasie przeniesiono z Bolonii na wieś, do Castiglione dei Pepoli. Chciano po prostu uciec od okropności wojny. Jednak właśnie te okropności dopadają ich również tutaj i kształtują odtąd bardzo mocno księdza Martino i innych jego współbraci. Wszyscy, a więc i on, żyją strachem, obawą o własne życie i o życie bliskich, uciekają przed okropnościami wojny, cierpią głód i choroby. Ucieczka wraz z seminarzystami z miejsca na miejsce, która okazuje się potem jakże nieskuteczna, dodatkowo wpływa na niego i powoduje szybkie dojrzewanie w wierze. Ta zaś pozwala mu coraz dojrzalej oceniać to wszystko co się wokół niego działo. Wyrazem tej dojrzałości jest modlitwa do Matki Bożej, którą znaleziono już po śmierci na szafce nocnej przy jego łóżku. Nie ma w niej już strachu i przerażenia tym wszystkim co ich spotyka, ale znajdujemy tam spokojną i głęboką modlitwę człowieka zatroskanego o bliskich i o swoją Ojczyznę. Oto jej fragment:

Módl się za nami, zarówno tymi co mają nadzieję jak i tymi co zostali przygnieceni niepowodzeniami, podziałami; którzy zostali poszarpani nienawiścią, którzy drżą się na myśl o swoich braciach uwięzionych w różnych miejscach na ziemi. Spodziewamy się najgorszego nieszczęścia dla naszej Ojczyzny. Módl się za poległych na polach bitew, którzy są jak nasze piękne ziarno w czerwcu, jak niewinne ofiary. Ofiarujemy Ci nasze łzy i nasz ból. Poświęcamy Ci wielkie ofiary poniesione przez naszych bliskich. Pociesz nas w naszym cierpieniu, za każdą ofiarę udziel nam Twojej nagrody i spoczynek wieczny”.

Głęboki ślad na wszystkich, a szczególnie na księdzu Martino, pozostawiła publiczna egzekucja dwóch partyzantów, w dniu 18 lipca 1944 roku we wiosce Burzanella. Jednego z nich sam wcześniej wyspowiadał. Po raz kolejny doświadczył, że znajduje się w samym centrum straszliwej wojny i ucieczka przed nią na nic się już nie zda.

Gdy przyszedł ten trudny dzień, ksiądz Martino był już przygotowany. Niedługo po wspomnianej wyżej egzekucji w Burzanella przełożeni posłali go do innej wioski, Salvaro, położonej niedaleko. Był to czas wakacji, nie było wykładów, więc mógł tam pomóc starszemu już księdzu Mellini. Ten ponad osiemdziesięcioletni już kapłan, nie był w stanie podołać obowiązkom duszpasterskim. W samej wiosce był jeszcze inny kapłan, Salezjanin, który opiekował się swoją chorą i samotną matką. Byli więc w trójkę. A fakty zaczęły ich coraz bardziej zaskakiwać i nie było już ucieczki.

Z Bolonii, a potem z potem z Castiglione dei Pepoli uciekali - bo tam przybliżył się front aliancki. Gdy przybyli do Burzanella znaleźli się w centrum starć między partyzantami i Niemcami. Teraz w zagubionej pośród gór wiosce Salvaro ksiądz Martino znalazł się w centrum wulkanu. Oto o świcie 29 września 1944 roku Niemcy, w odwecie za akcje partyzantów, siłami „SS” otaczają całą okolicę i zaczynają „czyszczenie terenu”. Nam Polakom nie trzeba tego wyjaśniać. Wystarczały nawet najmniejsze podejrzenia o współpracę z partyzantami, a całe rodziny były rozstrzeliwane, od niemowlaka do starców, domostwa palone. Do Salvaro jeszcze nie doszli. Obydwaj młodzi księża, widząc co się zaczyna dziać, odprawili ostatnią mszę świętą w święto Michała Archanioła. Po mszy świętej w bocznej zakrystii kościoła, niezbyt rzucającej się w oczy, ukryli około siedemdziesięciu mężczyzn. Kobiety zaś zapełniły kościół i trwały cały dzień na modlitwie. Pod wieczór dotarły do nich wieści o straszliwych rzeczach jakie robili esesmani w wioskach obok. Sami słyszeli tylko dalekie strzały, ujadanie psów i widzieli dym pożarów. Wszyscy byli sparaliżowani strachem. Obaj jednak młodzi kapłani, pokonując strach, postanowili udać się do tamtych ludzi z posługą duszpasterską, z olejami świętymi i komunią świętą. Wierni zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa i odradzali księżom opuszczanie ich plebanii. Ci jednak, wiedzeni jakąś wewnętrzną siłą, zdecydowali i poszli.

Gdy tylko zjawili się w polu widzenia esesmanów, zostali natychmiast ujęci, poniżeni, brutalnie pobici i zmuszono ich do noszenia amunicji na górę Salvaro. Nazywała się ona tak samo jak wioska. Nie można tam było dojechać samochodami, jednak z góry można było dobrze kontrolować całą okolicę. Uwięzionych potraktowano więc jak juczne muły, które dźwigały ciężary na górę. Okazało się potem, że było tam więcej księży w tej roli. Na noc wszystkich zamknięto w stajni przy parafii w Pioppe, w której pracowali Sercanie. Na drugi dzień oprawcy uwolnili większość księży. Pozostawili jednak ks. Martino i ks. Comini, owego młodego Salezjanina. Ci zrozumieli ku czemu zmierza ten tok wydarzeń. Byli uwięzieni wraz z grupą ludzi chorych i starych. Przedstawiciele lokalnych władz, kolaborujących z Niemcami, wystarali się o zwolnienie przynajmniej księży. Ci jednak zdecydowanie odmówili i nie chcieli skorzystać z ofiarowanej im wolności. Postanowili pozostać z ludźmi przeznaczonymi na egzekucję. Tłumaczyli: albo wszyscy, albo nikt.

Około godziny dziewiętnastej pierwszego października rozpoczął się ostatni akt dramatu. Wszystkich czterdziestu czterech chorych i starych, wraz z dwoma kapłanami, wyprowadzono za wioskę i podzielono na dwie grupy. Następnie strzałami z karabinów maszynowych skoszono ich niczym dojrzały łan. Ich ciała albo sami Niemcy lub też przymuszeni przez nich inni więźniowie wrzucili do błotnistego dołu, rodzaju głębokiej studni. Jeden z rozstrzelanych ludzi przeżył i on opowiedział potem jak ksiądz Martino umierał; jak błogosławił wszystkich do końca i dodawał im otuchy na ostatnią drogę. Gdy go przeszyły kule upadł na twarz z rozłożonymi rękami, dokładnie tak jak robił to wiele razy podczas adoracji Najświętszego Sakramentu w kościele. I ten właśnie akt był dopełnieniem jego wielkiej adoracji Pana Boga. Tak więc Bóg dobiera sobie różne narzędzia, aby czynić wielkie rzeczy dla człowieka.

ks. Stanisław Mieszczak SCJ

 

Żródło: S. Mieszczak, Ks. Marcin Capelli. Niedoszły misjonarz – dojrzały męczennik (1912 -1944)https://duchowosc.scj.pl/ks--marcin-capelli--niedoszly-misjonarz---dojrzaly-meczennik--1912--1944-  (odczyt z dn. 19.06.2026 r.).