Sercańscy misjonarze z polskiej prowincji pracują na pięciu kontynentach. Codziennie głoszą Ewangelię, pomagają ubogim i zawiązują wspólnoty. W ich relacjach odnajdujemy nie tylko opis odległych miejsc i kultur, ale przede wszystkim osobiste świadectwo wiary, które rodzi się w codzienności – pośród spotkań, wyzwań i cichej obecności Boga.
Z ks. Marianem Wentą SCJ o posłudze w Kamerunie i Czadzie rozmawia Dorota Mazur OV.
DM: Księże Marianie, jak to się stało, że człowiek spod Kartuz poznał sercanów i został misjonarzem?
MW: Sercanie mieli kiedyś swój klasztor w Gdyni, z którego do mojej rodzinnej miejscowości pod Kartuzami przyjechał ks. Henryk Styka SCJ (ówczesny ekonom owego klasztoru). Tak poznałem sercanów. Pewnie gdybym nie poznał przez „Boży przypadek” ks. Henryka, to nie usłyszałbym o sercanach i być może zostałbym zakonnikiem w innym zgromadzeniu.
DM: Czyli poznanie ks. Henryka nie było główną inspiracją do zostania kapłanem?
MW: To był moment, który umocnił mnie już w tlącym się od pewnego czasu pragnieniu. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że moje powołanie zrodziło się z lektury książki o flamandzkim misjonarzu – św. Damianie de Veuster, który w 1864 wyjechał na Hawaje, a od 1873 dobrowolnie niósł pomoc chorym na trąd na odizolowanej wyspie Moloka. Przez 16 lat był on dla trędowatych kapłanem, lekarzem, opiekunem i stolarzem. W 1884 sam zaraził się chorobą, która przyczyniła się do jego śmierci w roku 1889. Wspomniana książka trafiła w moje ręce za sprawą mojej rodzonej siostry, kiedy jeszcze uczęszczałem do technikum. Postać o. Damiana tak bardzo mnie zauroczyła i pobudziła moje serce do tego stopnia, że zapragnąłem pojechać kiedyś na misje. A kiedy spotkałem śp. ks. Henryka SCJ, to postawiłem mu pytanie, czy sercanie wyjeżdżają na misje. Otrzymałem wówczas wyjaśnienie, że tak – można jechać zarówno w dalekie kraje, takie jak Azja czy Afryka, ale też można posługiwać w Polsce czy Europie w krajach, w których brakuje powołań.
DM: Domyślam się więc, że pewnie już na końcówce formacji seminaryjnej oddał się Ksiądz do dyspozycji, gdyby była potrzeba wyjazdu na misje....
MW: Tak. Będąc diakonem napisałem podanie z prośbą o skierowanie mnie na wyjazd misyjny. W dwa lata po święceniach, które przyjąłem w 1997 roku, nadarzyła się taka okazja. Pierwsze dwa lata zaraz po święceniach posługiwałem jako wikary w Bełchatowie. Pod koniec mojego drugiego roku tam, zadzwonił do mnie przełożony prowincjonalny i spytał czy nadal podtrzymuję moją chęć wyjazdu, ponieważ poszukują ochotnika do posługi w Kamerunie. Zgodziłem się i w związku z tym zostałem wysłany na niecały rok na naukę języka francuskiego do Paryża, a 25 sierpnia 2000 roku znalazłem się w Kamerunie: w Duali (stolicy Regionu Nadmorskiego i ważnym porcie morskim nad Zatoką Gwinejską). Początkowo przydzielono mnie do wspólnoty w Dungue, gdzie znajdował się sercański nowicjat – było już tam kilku misjonarzy: z Francji, Belgii, Holandii i ja jako jedyny Polak, ale dzięki temu miałem okazję jeszcze lepiej uczyć się francuskiego. Tam spotkałem misjonarzy, którzy posługiwali tam już od niemal 40 lat i ciekawym doświadczeniem dla mnie były ich opowieści o tym, jak docierali w te tereny: drogą morską, płynąc ponad miesiąc i pod koniec podróży doświadczając choroby morskiej i z trudnością uchodząc z życiem.
DM: Początki Księdza jakoś zaskoczyły?
MW: Cieszyłem się, że tam jestem. Na początku odkrywałem nową kulturę i poznawałem kraj oraz ludzi. Przydzielono mnie do pracy w parafii św. Jana Apostoła w Manengole, gdzie przez 8 miesięcy pracowałem z misjonarzem z Belgii, Eddiem Wainem, który wprowadził mnie w posługę. Parafia ta znajdowała się 13 km od Dungue i podlegało pod nią 6 wiosek. Odwiedzałem więc ludzi, budowałem studnie, posługiwałem im, pracowałem w istniejącej już tam szkole katolickiej. Miałem wtedy 30 lat i odległości między tymi wioskami (od 13 do 20 km) nie były dla mnie problemem, mimo że drogi były kiepskie: wyboiste i bez asfaltu. Spędziłem tam sześć lat, po których kolejne 6 lat spędziłem w Yaunde, gdzie w parafii św. Michała w Elig-Edzoa zastąpiłem zmarłego proboszcza. W naszej parafii w Elig-Edzoa w Yaunde też nie było żadnego Polaka. Ludzie mówili tam w rożnych językach, a trzema podstawowymi językami były: euondo (kameruński), francuski i angielski. W tych trzech wspominanych językach odprawialiśmy niedzielne Eucharystie.
DM: Po tych dwunastu latach został Ksiądz przeniesiony do Czadu?
MW: W sumie tak, choć zanim tam dotarłem odbyłem jeszcze w Polsce rok sabatyczny (od końca 2012 do końca 2013), po którym znalazłem się w istniejącej od dwóch lat misji w Baktchoro w Czadzie. Było to dla mnie nowe odkrycie: inny lud, inne języki (ludzie na wioskach mówili w swoich lokalnych językach, m.in. marba, lele i nanchere), inny klimat i przede wszystkim muzułmański kraj.
DM: Jaka była specyfika pracy w Czadzie?
MW: Doświadczyłem tam wielkiej życzliwości. Ludzie byli bardzo gościnni. Oprócz pracy ewangelizacyjnej i bycia z ludźmi, stałem się też budowniczym. Zgłosił się do mnie któregoś dnia szef wioski z prośbą, aby pomóc wybudować szkołę podstawową. Podjąłem się więc ze współbraćmi zorganizowania tego projektu. Na początek zorganizowaliśmy dwie klasy każda na 50 uczniów i w każdym kolejnym roku powstawała nowa klasa. Początkowo budynek był prowizoryczny – słomiany. Dopiero z czasem, kiedy otrzymaliśmy środki finansowe z Hiszpanii i Polski, powstały murowane budynki. Po pięciu latach mieliśmy już 400 uczniów – w szkole podstawowej i przedszkolu, które powstało też w niedługim czasie od rozpoczęcia przedsięwzięcia ze szkołą podstawową. Ludzie zapisywali tutaj chętnie swoje dzieci, ponieważ szkoła katolicka ma większa dyscyplinę i większy poziom nauczania. My ze swojej strony dbaliśmy o zorganizowanie środków na rozbudowę szkoły i zapewnienie środków na remonty itp., a rodzice składali się na pensje dla nauczycieli.
Z czasem zaczęliśmy też budowę serii studni – tak, by w każdej z wiosek powstała jedna, ponieważ woda pitna to towar deficytowy w tym terenie, a jak mówią tubylcy: „woda to życie”. Warto pamiętać bowiem, że w Czadzie przez 7 miesięcy panuje pora sucha bez deszczu. Poza tym ludzie w wioskach byli zostawieni sami sobie – Czad to kraj, który nie ma dostępu do morza, co w konsekwencji powoduje biedę, odizolowanie i osamotnienie, a ludzie muszą utrzymywać się jedynie z pracy rąk i mogą wyżywić się tylko tym, co posieją i urośnie w ich polach. Ale muszę podkreślić, że w tej biedzie są oni bardzo otwarci: zawsze dzielili się z każdym tym, co mieli – choćby to było niewiele. I przede wszystkim zachwycali mnie swoim szacunkiem do osób starszych (dbałością o nich) i przywiązaniem do kultury (tradycji i języka).
DM: Bardzo dziękuję za te misyjne opowieści.