Sercańscy misjonarze z polskiej prowincji pracują na pięciu kontynentach. Codziennie głoszą Ewangelię, pomagają ubogim i zawiązują wspólnoty. W ich relacjach odnajdujemy nie tylko opis odległych miejsc i kultur, ale przede wszystkim osobiste świadectwo wiary, które rodzi się w codzienności – pośród spotkań, wyzwań i cichej obecności Boga.
Świadectwo ks. Jakuba Snopkowskiego, sercanina na misjach w Demokratycznej Republice Konga:
Od połowy 2024 posługuję w miejscowości Bunia - mieście w północno-wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga (DRK), które jest stolicą prowincji Ituri. Bunia znajduje się w pobliżu Jeziora Alberta oraz gór Hoyo i jest kluczowym ośrodkiem handlowo-wojskowym tego okręgu. Region jednak jest bardzo niestabilny ze względu na walki lokalnych milicji, a w mieście znajduje się baza sił pokojowych ONZ. Region ten jest często dotykany konfliktami etnicznymi między grupami Hema i Lendu. Patrząc pod kątem gospodarczym, obszar ten jest bogaty w zasoby naturalne, w tym kopalnie złota i diamentów.
Jestem tu razem z dwoma Kongijczykami. Naszym priorytetowym zadaniem jest troska o budowę „zaplecza” – kościoła oraz plebanii, a w przyszłości nawet i szkoły katolickiej – obok istniejących już w okolicy szkół muzułmańskiej, protestańskiej, anglikańskiej czy luterańskiej. Półtora roku temu otrzymaliśmy od biskupa teren w nowo powstałej diecezji. Wcześniej nie było tu sercanów. Duszpastersko mamy być obok i „dozorować” budowę. Pewną innością jest fakt, że jako kapłani nie zbieramy środków – inicjatywa zbudowania świątyni wyszła od ludzi. Biskup zgodził się na budowę, ale postawił ludziom warunek: swoim własnym nakładem pracy i środków wybudujecie kościół, a ja wam sprowadzę duszpasterza. I tak się dzieje – bo inaczej dba się o świątynię, którą ktoś wiernym wybudował – pozostają wówczas puste, a inaczej w sytuacji, w której wierni sami musieli zadbać o każdą jedną cegłę – wówczas mają poczucie odpowiedzialności i świątynia żyje. Wierni to w większości młode rodziny wielodzietne, o których dbamy duchowo.
Mimo istnienia szamańskich czy ludowych wierzeń – zwłaszcza, że opłacając w urzędzie odpowiednią kwotę można założyć sobie swój własny ludowy kościół – to kapłani cieszą się tu szacunkiem. Na wielu takich lokalnych blokadach czy szlabanach nie „trzepią” nam dokumentów, ale puszczają, bo kiedy jedziemy, to zawsze na autach księży napisane jest, że diecezja Bunia kościół taki a taki.
Cieszę się z miejsca, w którym obecnie jestem, choć moja droga dotarcia do Buni była bardzo wyboista. Moi rodzice byli Polakami mieszkającymi w Rumunii, więc tam się urodziłem. Do Polski przyjechałem w 1998 roku, poznałem sercanów i postanowiłem rozpocząć seminarium w Polskiej Prowincji. Jako że jesteśmy zgromadzeniem misyjnym, to w pierwszym możliwym momencie formacji, w którym składa się deklarację wyjazdu na misję, uczyniłem to. Zaraz po święceniach byłem trzy lata w Polsce, a potem na trzy lat wysłano mnie na Ukrainę, gdzie posługiwałem, choć moje serce tęskniło za wyjazdem w tereny afrykańskie. Ale nadszedł taki czas, że w 2011 wysłano mnie na naukę języka do Francji i z czasem znalazłem się w Kongo. Cieszę się, że w końcu znalazłem „swoje miejsce” jako misjonarz i będę tu tyle, ile Pan Bóg da – ale oby jak najdłużej.